W zeszłym tygodniu miałem okazję przeprowadzić wywiad z osobą, która budzi skrajne emocje, Markiem Zmysłowskim. Rozmawialiśmy o przedsiębiorczości, Afryce, sukcesach i porażkach. Zapraszam serdecznie do lektury!

Podcast - Szczera rozmowa z Markiem Zmysłowskim o przedsiębiorczości z Afryką w tle

przez Paweł Korycki i Marek Zmysłowski

P.K.: Witaj Marku! Cieszę się, że znalazłeś dla mnie czas. Przy ilości pracy, jaką masz – jest to wyjątkowe. Czy mógłbyś przedstawić się osobom, które Cię jeszcze nie znają, które nie czytały Twojej książki?

M.Z.: Chyba jestem przedsiębiorcą internetowym – to jest najlepsze określenie. Lubię siebie nazywać przedsiębiorcą, gdyż tym się zajmowałem całe życie. Jest to dosyć szerokie określenie, dlatego dorzucam do tego „internetowy”. Wszystko co robię, ma jeden wspólny mianownik – budowanie biznesu w ramach przestrzeni internetowej. Nie lubię być nazywany start-upperem, founderem, bo obecnie jest za dużo fejmu wokół tego. Po prostu buduję firmy w Internecie.

P.K.: Właśnie powiedziałeś jedną ważną rzecz, którą ja staram się przekazywać ludziom – nie rób start-upu, buduj firmę! Czym jest dla Ciebie przedsiębiorczość?

M.Z.: Dla mnie jest to związane z kilkoma rzeczami. Ja zawsze chciałem być w czymś dobry w życiu. Nie byłem nigdy dobry w sporcie, w sztuce. Natomiast w przedsiębiorczości możesz być dobry budując fajną firmę. Zależało mi na samodzielności. Jednak zawsze było mi ciężko „łapać się” w takie ramy usystematyzowane – np. w przypadku biznesu jest to korporacja. U mnie występował taki problem, że jeśli przykładowo kupuję cos w Internecie i sklep internetowy każe mi stworzyć moje hasło (8 liter, 2 cyfry, 3 znaki specjalne) to rezygnuję z zakupów. Przedsiębiorczość przede wszystkim pozwala mi żyć w zgodzie ze sobą, oznacza dla mnie zbudowanie czegoś od zera, nowego miejsca pracy poprzez rozwiązanie problemu. To coś jak budowanie z klocków lego.

P.K.: Jakie biznesy do tej pory prowadziłeś?

M.Z.: Pierwszy biznes, jaki mnie ukształtował to było prowadzenie agencji pośrednictwa finansowego. Zacząłem tam pracować w wieku 19 lat. Było to w ramach większej franczyzy. Później miałem platformę internetową, która unifikowała usługi pogrzebowe w całej Polsce. Następnym biznesem była firma, która sprowadzała używane auta na odległość. Kolejnym krokiem było dołączenie do Rocket Internet, która wysłała mnie do Nigerii. Stworzyliśmy największy serwis do rezerwacji hoteli w Afryce. Do dzisiejszego dnia jest on największy. Zajmowałem się tym 4,5 roku. Po odejściu z Rocket Internet otworzyłem firmę, która programowała oprogramowanie dla hoteli – także w Afryce. Po kilku latach spędzonych w Afryce wydawało mi się, że doskonale znam potrzeby branży online travel i zdecydowałem się zajmować oprogramowaniem dla hoteli.

P.K.: Który z tych biznesów uznajesz za sukces? Czy każdy z nich był dla Ciebie sukcesem?

M.Z.: Zdecydowanie nie. Wspominałem tylko o tych, które jeszcze „żyją”. Mam zdecydowanie więcej porażek niż sukcesów. Jednak jestem dumny z serwisu hotelarskiego, który jest teraz pierwszym unicornem w Afryce.  

P.K.: A czy to prawda, że człowiek bardziej uczy się na porażkach niż sukcesach prowadząc firmę?

M.Z.: Zdecydowanie tak. Nie wiem, jak to przetłumaczyć na polski – „success is a lousy teacher”.

P.K.: W której firmie zostawiłeś swoje serce?

M.Z.: O mały włos, kilka miesięcy temu odkupiłem serwis pogrzebowy. Moją największa ambicją była konsolidacja tej branży i poprawienie jej wizerunku.

P.K.: Opowiadałeś o tym w swojej najnowszej książce. Ta branża wydaje się być trochę „mafijna”. Powiedz, czy dalej to wygląda w taki sposób?

M.Z.: Ona  powoli się zmienia, ale core został taki sam, bo wszyscy ludzie, który wtedy się nią zajmowali, nadal żyją.

P.K.: To trochę jak z niektórymi służbami w Polsce – musi odejść stara gwardia, żeby coś mogło się zmienić.

M.Z.: Dokładnie. Cały czas jestem blisko tej branży, bo mój wspólnik, który odkupił ode mnie udziały, w dalszym ciągu ma tę firmę… Nie! Przepraszam – właśnie ją sprzedał, bo przecież parę miesięcy temu miałem możliwość jej odkupienia. Natomiast z tego co mi mówił, nowa generacja w tej branży zaczęła powoli przejmować stery i jest wiele zmian na lepsze.

P.K.: Kiedy uznajesz, że cos jest sukcesem w biznesie?

M.Z.: Każdy z nas inaczej definiuje sukces. Widziałem przypadki, kiedy ludzie na około mówili, że „to jest sukces”, natomiast jego twórca uważał go za porażkę i na odwrót. Uważam, że jest to pojęcie względne. W biznesie jest to trochę łatwiej określić, ponieważ otoczenie kwantyfikuje. Najczęściej poprzez wprowadzenie na giełdę, pozyskanie inwestora, sprzedaż udziałów. Jednak nadal bywa to względne.

P.K.: Pytam o to, ponieważ środowisko start-upów w Polsce, które od jakiegoś czasu obserwuje to trochę szopka, robienie show z samych siebie. Ostatnio ktoś wygrał konkurs na najlepszego CEO w start-upach, gdzie praktycznie nie ma firmy, bo są w niej 3 osoby. I to sam Forbes przyznaje tego typu nagrody. Gdzie jest sens przyznania tego typu nagrody? Przecież oni jeszcze niczego nie wyprodukowali. W tym kontekście pytałem Ciebie o pojęcie sukcesu. Jakie są według Ciebie najważniejsze cechy przedsiębiorcy?

M.Z.: Zdecydowanie umiejętność radzenia sobie z porażkami na co dzień. Nie mówię nawet o takich wielkich, mówię o tych małych, codziennych. W sytuacjach, kiedy przykładowo ktoś mówi „nie” Twojej ofercie, a jesteś sprzedawcą. Nie lubię teoretyzować na temat biznesu, ale uważam, że ta cecha jest najbardziej istotna.

P.K.: Jaki czynnik ma największy wpływ na sukces bądź porażkę firmy?

M.Z.: Chyba nie jestem jeszcze gotowy, aby odpowiadać na takie pytania. Zapytaj mnie za 50 lat!

P.K.: Masz mniej więcej tyle samo doświadczenia, co ja w biznesie – 15 lat. Myślę, że po takim czasie już można coś na ten temat powiedzieć.

M.Z.: Może to zabrzmi za bardzo ogólnie, bo każdy to mówi, ale nie każdy to rozumie. Twój biznes musi „przywiązać” klienta, bez Ciebie musi on odczuwać dyskomfort. Nieważne, czy jest to usługa cięcia włosów, czy aplikacja, która Cię uzależni. Taki efekt przywiązania sprawia, że pieniądze wydane na pozyskanie klienta prędzej, czy później się zwrócą.

P.K.: A więc trzeba sprawić, aby Twój biznes był dla kogoś trochę jak narkotyk – wracasz, bo musisz. Opowiedz mi trochę o ludziach w biznesie, bo Twoje firmy właśnie na nich się opierały. Sama technologia jest wymyślona przez ludzi. Jak sobie z nimi radziłeś?

M.Z.: Znaczna część moich porażek wiązała się z dobraniem sobie złych ludzi. W zasadzie wszystkie moje porażki się z tym wiązały – kwestia złego inwestora, pracownika, który miał cos wykonać, a nie wykonał. Możne znowu jest to powiedziane bardzo ogólnie, ale mniej więcej tak to funkcjonuje. Jeśli dobierzesz sobie złych ludzi to jest to bardzo kosztowne.

P.K.: W jaki sposób szukasz sobie ludzi do współpracy?

M.Z.: Teraz ciężko mi zatrudnić kogoś bez sprawdzenia i to nawet 5 lat wstecz.

P.K.: To całkiem odwrotnie niż HR-owcy, którzy mówią „widzę człowieka i już go znam”.

M.Z.: Ja się na tym przejechałem wielokrotnie.

P.K.: A więc w jak sprawdzasz ludzi do współpracy?

M.Z.: Tylko i wyłącznie referencje oraz background – jeśli chodzi o partnerów biznesowych. W przypadku pracowników nie robię tego osobiście, mam od tego dział HR.

P.K.: Jak reagują na to partnerzy biznesowi, kiedy mówisz, że musisz się skontaktować z ludźmi, którzy z nimi współpracowali?

M.Z.: Nie stawiam sprawy w ten sposób, robię to bardziej delikatnie, aby uszanować partnera.

P.K.: Jakie cechy Cię odstraszają w partnerach biznesowych?

M.Z.:  Sposób w jaki sposób traktują innych ludzi. Będąc w Nigerii wielokrotnie widziałem, że bogatsi źle traktują biednych oraz pracodawcy pracowników. Aby to sprawdzić, najczęściej zabierałem ludzi do restauracji i obserwowałem jak odnoszą się do kelnera.

P.K.: Będąc w młodym wieku zarobiłeś bardzo dużo pieniędzy. Przebyłeś drogę, patrząc jak ludzie traktują siebie nawzajem. Sam kiedyś również prowadziłem pośrednictwo finansowe. Jest to świetna nauka sprzedaży, prawdopodobnie najlepsza. Z etyka bywa różnie. Co miało wpływ na to, jak odbierasz innych ludzi?

M.Z.: Znowu zabrzmi to banalnie – porażki. Każdy ma plan, dopóki nie dostanie w mordę, chyba Mike Tyson to powiedział. Z każda porażką stawałem się coraz bardziej dojrzały. Na pewnym etapie Twoja pewność siebie wychodzi z wewnętrznego spokoju, a nie z głodu ego.

P.K.: Jestem pod wrażeniem, bo przebywając w Afryce byłeś wśród ludzi, którzy postrzegają innych w zupełnie odmienny sposób, a Ty patrząc na nich doszedłeś do całkiem odmiennych wniosków. Patrzyłeś na ludzi, którzy robią Lamborghini  i pomyślałeś, że to nie jest najważniejsze w życiu?

M.Z.: Nie to mnie nauczyło. Byłem zdziwiony, jak szczęśliwi są ludzie żyjący w Nigerii bez wody i prądu. Jeśli masz dach nad głową i co jeść to jesteś w top 5% tego świata. Reszta jest nieważna.

P.K.: Wybrałeś wersje ekstremalną robienia start-upu. Pojechałeś do kraju, który dla Polaków jest „tam gdzieś”. Co czułeś będąc w Afryce realizując swój projekt?

M.Z.: Pierwsze miesiące były sielanką, wszystko mnie fascynowało. Nawet to, że nie ma wody, Ci się podoba. Później euforia schodzi i zaczyna Cię denerwować brak rzeczy, do których jesteś przyzwyczajony. Jest to bardzo irytujące. Jesteśmy przyzwyczajeni do pewnych standardów zachowań. Przytoczę przykład – w Europie rozmawia się cicho, żeby nie przeszkadzać innym. W Afryce rozmawia się głośno, aby nikt nie posądził Cię o złe zamiary. Jakbyś to odebrał, jakby w kawiarni, stolik obok Ciebie rozmawiało bardzo głośno dwóch ludzi z Afryki? Pewnie uznałbyś, że są niewychowani.

P.K.: Dużo rzeczy kulturowych w Afryce okazało się dla Ciebie szokiem?

M.Z.: Nie tak dużo jakbym się spodziewał. Wydaje mi się, że nam jest zdecydowanie bliżej do Afryki niż do Azji. Ludzie w Afryce są bardzo otwarci, chociaż to może nie jest typowe dla Polaków. Lubią nieformalne podejście do biznesu, są bardzo religijni.

P.K.: Mi się wydaje, że Polacy tylko w Polsce są tak mało otwarci. Polacy jak wyjeżdżają z kraju to zachowują się w bardziej otwarty sposób.

M.Z.: Zgadzam się. Można to zaobserwować spotykając w samolocie wracających do kraju Polaków, miny powoli schodzą.

P.K.: W Afryce byłeś emisariuszem dużej firmy, funduszu. Przeplatało się to u Ciebie z posiadaniem prywatnych biznesów. Czym się różni praca dla korporacji od pracy we własnej firmie?

M.Z.: Nigdy dla wielkiej korporacji nie pracowałem. My byliśmy częścią wielkiej korporacji. Rocket to nie jest korporacja. To firma, która zakłada nowe oddziały przez „pączkowanie”. Ja byłem kimś pomiędzy – founderem, który nie musiał się przejmować finansami, bo pieniądze już były zebrane. Największa różnica pomiędzy pracą w korporacji, a byciem właścicielem własnej firmy odnosi się do  poczucia bezpieczeństwa. Umiejętność życia w stresie jest bardzo ważna dla przedsiębiorców. Mając „poduszke bezpieczeństwa” w postaci 2 mln zł łatwiej się podejmuje decyzje niż w sytuacji, kiedy ryzykujesz wszystkim co masz, kiedy bierzesz po studiach kredyt na rozpoczęcie działalności. To zupełny inny rodzaj ryzyka. Często Ci biorący wspominany kredyt są lepszymi przedsiębiorcami, niż kolejne „złote dziecko”, które ma kapitał od rodziców.

P.K.: Tak, to prawda. Jaka byś dał radę przy szukaniu pieniędzy? Inwestor to taki „święty graal” przy szukaniu pieniędzy. Jak będzie inwestor to znikną inne problemy.

M.Z.: Znalezienie inwestora stało się tożsame z sukcesem. To taka wyświęcona forma pożyczki. Tak jak pilot samolotu jest wyświęconą wersją kierowcy autobusu. Jednak wzięcie kasy od inwestora nie jest takie fajne. Wejście firmy na giełdę również nie jest takie fajne. Jest chwila euforii, wywiady w telewizji, a prawdziwe problemy zaczynają się później. Musisz być odpowiedzialny za te pieniądze, Twoja firma przestaje być już tylko Twoją firmą. Więc staraj się lepiej robić biznes za własne pieniądze, nawet z jakąś pożyczką. Przynajmniej zachowujesz kontrolę nad firmą. Trzeba zaznaczyć, że istnieją także biznesy, których nie da się otworzyć bez dźwigni finansowej, bo jeśli nie będziesz działał szybko, to na Twoje miejsce wejdzie międzynarodowy gracz. Amazon nigdy nie byłby Amazonem, gdyby nie korzystał z pieniędzy inwestorów. Na chwilę obecną Amazon poradzi sobie nawet bez inwestorów. Jednak jeśli nie musisz, to nie jaraj się tak inwestorem! Inwestorzy to ludzie, którzy zarobili już kasę i na pewno są od Ciebie bogatsi doświadczeniem.

P.K.: Ty sam teraz w niektórych firmach pełnisz role inwestora.

M.Z.: Pełniłem.

P.K.: Co Cię zraziło do tego rynku?

M.Z.: Po prostu zdałem sobie sprawę, że będę złym inwestorem. Inwestor to coach, konsultant, ktoś kto wiecznie szuka nowych pomysłów, analizuje na chłodno. Ja się bardzo szybko czymś jaram. Jeśli inwestowałem w biznesy to były to takie, w które sam bym wszedł. Podejmowałem decyzje zbyt szybko, bez odpowiedniej analizy. Jeśli jesteś aniołem biznesu, możesz zainwestować tylko w kilka biznesów to prawdopodobieństwo, że któryś z Twoich biznesów zarobi na straty pozostałych, jest bardzo małe. Potrzeba większych pieniędzy, żeby zainwestować w większa liczbę biznesów, aby miało to szansę stać się opłacalne. Poza tym ja się skupiłem na Afryce, a tam oprócz pieniędzy potrzeba czasu. Dodatkowy koszt korzyści utraconych jest ogromny.

P.K.: To prawda, Twojego zainwestowanego czasu nie da się odkupić. Powiedziałeś bardzo ważną rzecz, że potrzeba inwestycji w przykładowe 50 biznesów, aby któryś z nich stał się opłacalny i zarobił na straty pozostałych.

M.Z.: Dlatego wszyscy celują w unicorny. Nikt nie jest zainteresowany stabilna firmą, która sobie powoli rośnie. Inwestorzy nie mają na to czasu.

P.K.: Dalej wiążesz swoja przyszłość z Afryką? Zamierzasz wrócić do Europy?

M.Z.: Dużo się zmieniło z uwagi na życie osobiste, moją dziewczynę. Chce być również bliżej rodziny, jestem coraz starszy, więc bardziej to doceniam i będę coraz częściej w Europie. Natomiast biznesowo nie widzę siebie w Europie.

P.K.: Dlaczego?

M.Z.: Nie ma aż takiej frajdy. Poza tym, jeśli coś już robisz odpowiednio długo to siłą rzeczy stajesz się w tym bardzo dobry i to pozwala robić Ci następne kroki bez popełniania tych samych błędów. Masz kontakty. Przy przeskakiwaniu z miejsca na miejsce musisz się od nowa uczyć. Jack Ma powiedział, że do 20stki się ucz, potem do 30tki znajdź w końcu jedną rzecz, a potem rób już cały czas to samo, bo nawet jak wybrałeś cos słabego to robiąc to ciągle i będąc w tym dobry – wyjdziesz na swoje.

P.K.: Ostatnio widziałem na siłowni napis „hard work beats talent”. W tej chwili na świecie mówi się dużo o talencie, o utalentowanych ludziach – Marku Zuckerbergu, a nie wspomina się o setkach godzin pracy poświęconych nad tym wszystkim. Jak bardzo różni się robienie biznesu w Afryce od robienia biznesu w Europie?

M.Z.: Po pierwsze ciężko to porównać, bo problemy są zupełnie inne. Dużo osób zadaje mi to pytanie.

P.K.: Czy to takie nasze lata ’90?

M.Z.: Tak, tylko że 25 razy większe jeśli chodzi o potencjał i skalę problemów.

P.K.: Nie do końca sobie wizualizujemy, jak Afryka jest wielka.

M.Z.: Jak ja lecę z zachodu na wschód to zajmuje to 7 godzin. My z Polski lecimy 7 godzin do Dubaju. To co w Polsce wydaje się oczywiste – w Afryce nie jest i na odwrót. Z drugiej strony Polacy i Wschodnia Europa bardzo dobrze sobie radzą w Afryce. Nie bez powodu często Nigerię nazywa się Rosją bez śniegu. Problemy z korupcją w Afryce bardzo przypominają lata ’90 w Polsce.

P.K.: Słuchając Twojej książki miałem wrażenie, że sprawdzasz się w Afryce, bo umiesz sobie radzić z wieloma rzeczami. Jak przyjeżdża ktoś z Europy Zachodniej i jest przyzwyczajony, że wszystko jest poukładane to tam może sobie nie poradzić. Będziesz pisał kiedyś książkę o prowadzeniu biznesu w Afryce? Poradnik?

M.Z.: Nie mam takiej motywacji. Moją dotychczasową wiedzę, która chciałem przekazać umieściłem w najnowszej książce – biografii. Taki był mój koncept. Chciałem napisać cos o budowaniu biznesu od strony technologicznej, a jak już zacząłem pisać to chciałem, aby moja książka była bardziej strawna i dodałem trochę własnych przygód.

P.K.: Jest to bardzo szczera książka. Nie bałeś się reakcji niektórych ludzi?

M.Z.: Mój prawnik się bał. Było dużo batalii, a propos tego jakie szczegóły zmienić, które wywalić, żeby nie można było w sposób jednoznaczny zidentyfikować osób. Prawa ochrony dóbr osobistych są dosyć pokręcone – możesz nazwać kogoś kryminalistą, jeśli nim jest, a on może Cię pozwać.

P.K.: To prawda, dopóki nie ma wyroku to nie jest kryminalistą.

M.Z.: Taka sama jest sytuacja, kiedy ktoś uważa, że obraziłeś jego uczucia i jest to zdefiniowanie problemu, a Ty musisz udowodnić, że wcale ich nie uraziłeś. Jest to trochę odwrócone, a często jesteśmy przyzwyczajeni do domniemania niewinności. Czy obawiałem się reakcji ludzi? Na pewno trochę tak, ale uznałem, że warto bo mało jest takich szczerych książek. Na mnie bardzo wpłynęła książka „Leadership” BS Jeffrey’a Pfeffera. Większość książek biznesowych jest pisana przez dział PR jakiegoś prezesa, który chciał sobie zrobić jakąś „laurkę” na koniec kariery. Ja chciałem pójść trochę pod prąd, jak to często u mnie bywało.

P.K.: Długo pisałeś książkę?

M.Z.: Tę książkę pisałem 3 razy. U mnie napisanie książki polegało na tym, że raz na tydzień bądź raz na kilka tygodni pisałem dłuższy post, który wrzucałem do szuflady. Jak coś mnie wkurzało to zamykałem się w nocy w pokoju z butelką wina i pisałem. To była super frajda. Z każdym postem było łatwiej. Człowiek w ten sposób trenuje przelewanie myśli na papier.

P.K.: To był trochę pamiętnik.

M.Z.: Tak. Miałem też taki nawyk, że jeśli do głowy przychodziły mi jakieś myśli, spostrzeżenia albo nauczki to zawsze pakowałem je do swojego Evernote’a. Jednak okres pomiędzy dostarczeniem książki do wydawcy a jej opublikowaniem był najgorszym okresem w moim życiu. To jest najbardziej bolesny proces ever! Musiałem tę książkę napisać dwa razy, bo uwagi od redaktora były dłuższe niż sama książka. Mam nadzieję, że dzięki temu moja książka jest bardziej interesująca i łatwiej się ją czyta. Lektora miałem niesamowitego – p. Joanne Machowską, która jest redaktorem naczelnym dużego formatu. To właśnie ona mi mówiła co i gdzie poprawić, żeby moja książka była ciekawsza.

P.K.: Ja jestem zachwycony, że od razu zrobiłeś audiobooka!

M.Z.: To był mój warunek. Ja jestem audiobookowcem.

P.K.: Zazwyczaj jest tak, że wychodzi książka, a potem długo, długo nic. Potem wychodzi audiobook.

M.Z.: Ja chciałem audiobooka wcześniej.

P.K.: Ja właściwie tylko słucham książek od jakiegoś czasu. Nie mam czasu czytać, a słuchanie można robić wszędzie. Dla mnie to było fantastyczne, że od razu wydałeś audiobooka. Powiedziałeś od razu wydawcy, że ma być audiobook, bo inaczej się nie bawimy?

M.Z.: Tak. Notabene zainwestowałem w spółkę, która wydaje audiobooki w Nigerii. Ja czytam jedną książkę tygodniowo. Chociaż wyłączyłem się z czytania książek, kiedy kończyłem swoją. Potrzebowałem się skupić, natomiast audiobooki zwiększyły produktywność mojego życia razy 10 (audiobooki, podcasty).

P.K.: Jest bardzo dużo wiedzy na rynku. Jak wybierasz to, co czego teraz chcesz słychać bądź się uczyć.

Z.: To jest dobre pytanie. U mnie kluczowych jest paru podcasterów, których szanuję i słucham. Jeśli tam coś się pojawi, to ufam, że oni dokonali już jakiejś selekcji. Jest parę osób w polskiej branży, które śledzę i znam. Szanuję ich inteligencję i ich poświęcenie przy wyszukiwaniu dobrych książek. Wiem, ile książek oni pochłaniają i że pokazują tylko te najlepsze. Trochę się tymi ludźmi sugeruję.

P.K.: Ja w zeszłym roku przesłuchałem ok. 40 książek. Właściwie byłem dumny z tego wyniku, a potem poznałem dziewczynę, która czyta 5 książek tygodniowo i stwierdziłem, że jestem daleko w tyle od ludzi czytających naprawdę. Natomiast ona mówi, że 80% tego co czyta to niskiej jakości literatura. Wybieranie tego, co najlepsze jest trudne. Czytasz po polsku czy po angielsku?

M.Z.: Po angielsku.

P.K.: U mnie nauka angielskiego rozpoczęła się wtedy, kiedy mój wspólnik Maciej powiedział – „Większość wiedzy jest po angielsku, ucz się angielskiego”. Jak nauczyłeś się dobrze mówić po angielsku?

M.Z.: Ja zawsze byłem dobry z angielskiego. Wynikało to z tego, że w dzieciństwie oglądałem Cartoon Network po angielsku. To zdecydowanie dało mi przewagę w szkole. Jak moja mama zobaczyła, że jestem dobry z angielskiego to miałem wymówkę, aby oglądać więcej bajek.

P.K.: Niesamowite. Z reguły mówi się dziecku „nie oglądaj tego, bo to głupie”, a tutaj wręcz odwrotnie.

M.Z.: Będąc w Nigerii z nikim nie rozmawiałem po polsku, używałem wyłącznie angielskiego. Teraz mam już tak, że myślę po angielsku. Czasami nawet zapominam niektórych polskich słów. Umysł się przestawia.

P.K.: A czy jakiegoś języka w Afryce się uczyłeś?

M.Z.: Uczyłem się przez chwilę języka joruba, to jest język plemion w Afryce. Cały czas pamiętam parę zwrotów i zdań, które mi pomagały, kiedy gdzieś zatrzymywała mnie policja. Jest to bardzo prosty język jeśli chodzi o system, ale niestety bardzo skomplikowany, jeśli chodzi o wymowę. Odwrotnie niż w Polsce. Chociaż nie! Obcokrajowcom też trudno się uczyć polskiego. Na pewno bardzo przydatny w Afryce jest język suahili, jest on obecny w wielu krajach. Natomiast jeśli mówisz po angielsku i francusku to dogadasz się w całej Afryce poza Angolą i Mozambikiem.

P.K.: Jakie miejsce w Afryce Ci się najbardziej podobało?

M.Z.: Cape Town i Zanzibar. Wspominałem o tym w książce.

P.K.: Będziesz tam wracał?

M.Z.: Zdecydowanie!

P.K.: A co teraz planujesz biznesowo?

M.Z.: Jestem teraz na etapie, kiedy odpoczywam od inwestycji i zafascynowania małymi firmami opierającymi się na cashflowie. Nie chce zdradzać szczegółów, ale zaangażowałem się w  firmę, która produkuje bardzo nietypowy rodzaj mebli biurowych, które można wysyłać już spakowane (jak w Ikea) na cały świat. Również zainteresowałem się firmą, która zamienia klasyczne auta na elektryczne, bo bardzo dużo nowych auto, które teraz wychodzą, jest po prostu brzydkie. Można sobie jeździć odrestaurowanym klasykiem elektrycznym. Takie rzeczy mnie kręcą! Jednak cały czas jestem zaangażowany w technologię w Afryce. Na chwile obecna jako doradca paru  spółek. Natomiast w głębi serca jestem przedsiębiorcą. Jak kurz po książce opadnie, jak sobie odpocznę to pewnie znowu się to skończy jakimś biznesem.

P.K.: Mówisz, że nie celujesz w unicorny, tak?

M.Z.: W tej chwili już mi przeszło.

P.K.: Coś nie musi być nazywane firmą miliardową, żebyś był zadowolony z pracy nad tym?

M.Z.: Oczywiście. Byłoby super, jakby któraś z moim firm została unicornem, ale zostanie raczej poprzez generowanie cashflowu coraz większego o wzrost organiczny, a nie wpompowanie kasy od inwestorów, szybkie wpuszczenie na giełdę.

P.K.: Patrząc na te giełdowe spółki – unicorny to są one unicornami tylko dlatego, że ktoś tak fajnie wyliczył, że jest tyle wartości. Nagle może się okazać, że w ciągu dwóch, trzech dni one przestaną być unicornami.

M.Z.: Możemy dyskutować długo to tym, czy sposób w jaki działa giełda jest dobry, czy nie. To jest jeden rodzaj podejścia do biznesu, budowania wartości i na tym zarabianie. Jeśli Ci ludzie w ten sposób „wydmuchają” firmę i zarobią dużo kasy, a potem włożą ją w coś innego to biznes się kręci. Cashflow jest.

P.K.: Jaką byś dał radę nowemu, poczatkującemu przedsiębiorcy?

M.Z.: Najlepiej nauczyć się jak prowadzić biznes – pracując dla jakiegoś biznesmena. Jeśli uważasz, że jesteś taki cool i możesz mieć swój biznes to najpierw sprawdź, czy możesz się dostać do najlepszych firm. Co nie znaczy, że jest to gotowa recepta na sukces. Ja swój pierwszy biznes założyłem trochę za szybko.

P.K.: To co powiedziałeś niesie za sobą dużo pokory. Generalnie jest teraz odwrotna tendencja – zakładajcie firmy, przedsiębiorczość jest prosta! Czyli najpierw zdobądźcie doświadczenie, potem zakładajcie firmy.

M.Z.: Żeby zmagać przedsiębiorczość w kraju,  nie musimy zmuszać dwudziestolatków do tego. Zmuszajmy trzydziestolatków! To też rozwinie.

P.K.: Niedawno widziałem taka statystykę, która dowodzi, że start-upy którym wychodzi maja ok. 40 lat. Te start-upy działają.

M.Z.: Namawianie ludzi młodych na start-upy trochę mi przypomina namawianie kiedyś ludzi do brania kart kredytowych albo inwestycji.

P.K.: Chciałbyś coś jeszcze powiedzieć na koniec naszej rozmowy?

M.Z.: Moja książka nazywa się „Goniąc czarne jednorożce”. Szczerze ją polecam, książka jest na pewno szczera. Mówiąc nieskromnie – mało jest takich książek, które są szczere. To już jest wartość tej książki. Co do całej reszty wypowiedzcie się sami.

P.K.: Również polecam Twoją książkę, przesłuchałem ją w tydzień, co rzadko mi się zdarza. Słucha się jej ciągiem. Dziękuję Ci Marku za dzisiejsze spotkanie w tym napiętym dla Ciebie czasie!

M.Z.: Dzięki bardzo!

Marek Zmysłowski wydał książkę “Goniąc czarne jednorożce”, która jest dostępna w empiku oraz audiotece.

Podobał się Tobie wywiad?

Przygotowałem dla Ciebie darmowe e-booki, abyś mógł zyskać przewagę nad swoją konkurencją!